Mawia się o nim "Nestor Piaseczyńskiego tenisa stołowego". Przemawia za nim kilkadziesiąt lat spędzonych przed stołem jako zawodnik oraz wychowawca i odkrywca wielu talentów. W rozmowie z naszym serwisem Leszek Nowacki opowiada o dzieleniu czasu między dwie odmienne od siebie dyscypliny – tenisa stołowego i piłkę nożną, jak walczył o każdy grosz dla zawodników, którzy w latach 90-tych jako jedyni w historii Piaseczna zdobyli drużynowe mistrzostwo Polski, a także jakimi przedmiotami próbowano zastąpić rakietkę tenisową.
Patryk Dudzicki (Piaseczno Sport News) Jak zaczęła się Pana przygoda z tenisem stołowym?
Leszek Nowacki (nestor tenisa stołowego w Piasecznie) – Sport zaczynałem od piłki nożnej, natomiast tenis stołowy był taką moją miłością. Z tego nie było żadnych pieniędzy, zresztą trzeba pamiętać, że z piłki też nie było kiedyś pieniędzy. Grałem jednocześnie w Piasecznie w piłkę nożną, w pierwszej drużynie, nawet przez jakiś okres byłem kapitanem tej pierwszej drużyny. Wówczas graliśmy na poziomie ligi okręgowej, ale kiedyś to był wyższy poziom rozgrywek niż dziś, z ligi okręgowej od razu można było poprzez baraże awansować do 2 ligi, czyli obecnie pierwszej ligi. Dwa razy byliśmy wówczas o krok od awansu do wspomnianej ligi, ale równocześnie grałem w tenisa stołowego. Tutaj taksówka przyjeżdżała po meczu piłki nożnej i zabierała mnie na salę na mecze tenisa stołowego. To był właściwie taki pierwszy mój poważniejszy kontakt z tym sportem. W ogóle grać w tenisa stołowego nauczyłem się na koloniach, nigdy nie miałem żadnego trenera, byłem samoukiem. Tak właśnie wyglądały te moje początki.
PD – Pamięta Pan jeszcze czasy, gdy Piaseczno było w elicie tenisa stołowego – w Ekstraklasie. Jak pan to wspomina?
LN – Jest to moja praca, dlatego pamiętam to w miarę dobrze. Wspominam często, bo historia tenisa stołowego w Piasecznie jest bardzo długa. Wszystko zaczynało się tu zaraz po wojnie. Rok lub dwa po zakończeniu wojny Piaseczno było wicemistrzem Mazowsza. Salka do grania znajdowała się w barakach przy stacji kolejowej. Później tak się to wszystko złożyło, że ja sam się bawiłem w ten sport właśnie. M.in. odbywał się tu swego czasu Puchar Trybuny Mazowieckiej, w którym to zdobyłem wicemistrzostwo, a trzeba zaznaczyć, że był to wówczas największy turniej tenisa stołowego w Polsce. Pan Strzałkowski, redaktor, niestety niedawno zmarł, był wówczas, że tak to ujmę „szefem” tego wszystkiego, głównym organizatorem tego turnieju. Już po powrocie z wojska przez pewien czas grałem w Górze Kalwarii w A Klasie, czy też Lidze Okręgowej tenisa stołowego. Później jednak powróciłem do Piaseczna. Musiałem się tu z powrotem przeprowadzić, bo wówczas mieszkałem w Górze Kalwarii, tam zresztą uczyłem w Zespole Szkół Zawodowych. Nawiasem mówiąc właśnie w tej szkole utworzyliśmy taką amatorską ligę i graliśmy. Już po moim powrocie do Piaseczna, Krzysiek Piwowarski prowadził tu A Klasę, lub też B Klasę. Po jakimś czasie przejąłem od niego ten zespół i zaczął się marsz w górę.
PD – Pamięta Pan jakieś przełomowe momenty z tamtego czasu?
LN – Takim momentem były bez wątpienia baraże o awans do 2 ligi w Lidzbarku w roku 1991. Sam jeszcze grałem w tych barażach i wtedy właśnie zdobyliśmy awans do 2 ligi. Później było różnie, walczyliśmy sukcesywnie o utrzymanie się w 2 lidze, ale potem nastąpił kolejny krok – Wrocław. We Wrocławiu odbywały się baraże o awans do 1 ligi. Oczywiście najpierw trzeba było się do tych finałowych barażów zakwalifikować, a półfinały, w których o awans walczyło aż 16 drużyn odbywały się w Piasecznie. Nadmienię, że Wrocław mocno kojarzy mi się z Piasecznem z tego względu, że poznałem tam Marka Zakrzewskiego przy okazji wyjazdu tam właśnie z moim zawodnikiem – Pawłem Chułerańskim- na turniej ogólnopolski. Wówczas to właśnie poznałem Marka i wszystko potoczyło się tak szybko, że już po chwili był on trenerem mojej drużyny. Wtedy podzieliliśmy obowiązki tak, że ja zajmowałem się młodzieżą i pełniłem funkcję szefa sekcji tenisa stołowego, a do Marka należała praca z pierwszą drużyną. Trzeba mu przyznać, że posiadał ogromne doświadczenie, a ja sam nie chciałem prowadzić całej drużyny, bo byłoby to ponad mojej siły. Tak właśnie rozpoczęła się nasza współpraca. Już współpracując z Markiem udało nam się wywalczyć awans do 1 ligi…
PD – …i wtedy właśnie pojawił się u was pierwszy Kazach w polskim tenisie stołowym…
LN – Tak, Jurij Jermołajew, bo tak się nazywa ów zawodnik grał właśnie w Piasecznie. Szybko się te nasze wojaże o Ekstraklasę potoczyły, bo na awans potrzebowaliśmy jedynie roku.
PD – Pamięta Pan jakieś ciekawe sytuacje związane z waszymi występami w Ekstraklasie?
LN – Pamiętam jeszcze czasy, gdy Ekspress Wieczorny po naszym awansie do Ekstraklasy napisał, że w to Warszawa leży koło Piaseczna. Warto na chwilę wrócić jeszcze do pierwszej ligi, bo wówczas wiele się działo. Troszkę w tym naszym awansie było zarówno szczęścia jak i nieszczęścia, bo w tym samym czasie piłkarze z Piaseczna awansowali do 2 ligi. Oczywiście powiedziano nam wtedy, że jeśli chcemy grać w 1 lidze tenisa stołowego, to musimy radzić sobie samemu. Do tamtej pory mogliśmy liczyć na wsparcie ze strony klubu, który wspierał nas, finansował wszystkie wyjazdy i całą działalność drużyny. No i wówczas ruszyłem w teren. Pomógł mi najpierw ówczesny burmistrz Madej, który przyznał parking dla sekcji. Prowadziliśmy parking, a zyski z tego parkingu przeznaczone były na funkcjonowanie sekcji. Pomógł mi także Pan Michał Korzeniewski, który posiadał firmę w Głoskowie,– PLASTOR. To był wówczas nasz główny sponsor, który nam w 1 lidze najbardziej pomógł. Dodam że PLASTOR nadal jest głównym sponsorem zespołu. Po awansie do Ekstraklasy pomógł nam również Rowiński-Wajdemajer, który dawał nam zatankowany mikrobus na wyjazdy na różne zawody, które odbywały się w całej Polsce. Paru dobrych ludzi się wówczas przewinęło tutaj.
PD – Jak wówczas wyglądała sytuacja z młodzieżą?
LN – Oczywiście równocześnie z tymi awansami kontynuowaliśmy pracę z młodzieżą, która dawała fantastyczne rezultaty. Indywidualne Mistrzostwo Polski zdobył Filip Młynarski, drużynowo dwukrotnie wygrywaliśmy wicemistrzostwo Polski. Grali tu wówczas Paweł Chułerański, Michał Zakrzewski, Czarek Walichnowski. To byli zawodnicy, którzy zdobywali dla nas srebrne medale Mistrzostw Polski. Stopniowo wraz z pojawianiem się nowych sponsorów ta nasza sekcja się rozbudowywała. Warto wspomnieć kilka nazwisk, które się do tego przyczyniły – Pan Stanisław Modrowski, Pan Chodzeń z firmy Toyota
PD – Czyli jednak ktoś interesował się losem tenistów stołowych?
LN – Tak, było wsparcie, dodam jeszcze Spółdzielnię „Mazowianka” z Panem Matuszczakiem i Panem Olkowskim, Cermat – Krupa i Posudziejewski. Faktycznie pojawiały się firmy, które nam pomagały.
PD – Sielanka trwała?
LN – Do pewnego czasu, później ja musiałem wycofać się z tego projektu, ponieważ za duże zapędy się zrobiły. Ja tą drużynę dwukrotnych wicemistrzów Polski juniorów chciałem wprowadzić do pierwszego zespołu, żeby oni się już ogrywali i nie tylko Filip Młynarski, ale wszyscy z tamtej drużyny. Do tego dochodził też wspomniany wcześniej Jermołajew, a był on ściągnięty pod młodzież głównie, by mogła ona czerpać z jego doświadczenia, a później pojawił się pierwszy Chińczyk w Polsce, który grał właśnie u nas – Xu Kai, do sprowadzenia którego przyczynił się walnie Pan Nęcek z Siarki Tarnobrzeg. Wówczas w Siarce, w zespole żeńskim, grały głównie właśnie Chinki i trener Marek Zakrzewski wykorzystał znajomość z Panem Nęckiem do sprowadzenia Chińczyka.
PD – Łatwo było z nim złapać wspólny język, dogadać się?
LN – To był dobry chłopak, tylko miał pewne swoje nawyki (śmiech). Pamiętam jeszcze jak pierwszy raz wiozłem go na spotkanie ze sponsorem i zatrzymaliśmy się przed Głoskowem w sklepie, w którym były pączki i inne ciastka nad którymi latały pszczoły, a Kai prawie się na te pszczoły rzucił. Takie czasem się zdarzyły z nim śmieszne sytuacje, ale jednak współpraca z nim przebiegała pomyślnie. Klub załatwił mu pokój na stadionie, pieniędzy wprawdzie za dużych nie zarabiał za grę, bo to była kwota w granicach 1500 zł. Niestety to tenis stołowy, a nie piłka nożna, gdzie można zarabiać milionowe gaże, choć i w tym sporcie wówczas tak kolorowo nie było. Później jednak sekcja poszła mocno do przodu, głównie poprzez nacisk sponsorów i ściągnięcie takich zawodników jak Marcin Klusiński, Grzesiek Adamiak, Marek Prądziński, Jarek Łowicki. Zdobyło Piaseczno dwa razy Mistrzostwo Polski w latach 1995/96 oraz 1996/97 oraz trzykrotnie Puchar Polski, ale niestety nic co piękne nie trwa wiecznie. Ja postanowiłem odejść, drużyna zaczęła się rozsypywać, bo oparte to było na dużych pieniądzach – grali tu przecież najlepsi zawodnicy w Polsce. Ten zespół zmierzał ku upadkowi. W 2001 roku próbowałem coś jeszcze tu załatwiać, ale Plastor już się wyniósł na strefę bezcłową – do Suwałk, a tu już nie było z kim rozmawiać i tak właśnie ta drużyna podupadła.
PD – Czyli tenis stołowy w Piasecznie przestawał istnieć?
LN – Absolutnie nie. Skończyła się wprawdzie przez złą politykę Ekstraklasa. Panowie sobie wymyślili Mistrzostwo Polski, a ja do dziś pamiętam jak sponsor mi powiedział „Leszek, ja wpłacam pieniądze na 10 lat, ale nie na jakieś cuda, a na tych młodych chłopaków i na Chińczyka”. Na Chińczyka to właściwie pieniądze mieliśmy z tego parkingu. Jedną zmianę zawsze na tym parkingu obsługiwała początkowo pierwsza liga, a później przecież Ekstraklasa, oczywiście włącznie ze mną! Taką zmianę robiliśmy, żeby zmniejszyć koszty parkingu i co za tym idzie żeby było więcej pieniędzy na sekcje tenisa stołowego. Niestety to się rozsypało, ale nadal pracowałem z młodzieżą. Nawet po odejściu stamtąd trenowałem grupę dzieci, która się dostawała na turnieje ogólnopolskie, m.in. siostry Szymakowskie, czy Magda Lewandowska. Takim moim sławniejszym wychowankiem jest też Maciek Chojnicki, który zdobył kilkadziesiąt medali na mistrzostwach polski, a nawet medale na Mistrzostwach Europy. Za nim poszły również dziewczyny, poszedł też Krzysiek Orman, Robert Najwer, Martyna Orman, Agata Grabowska, Agnieszka „Ziuta” Zawadzka, Ola Kołakowska, Monika Kumczak, Iza Pałygiewicz. Oni potrafili te medale zdobywać, szczególnie się to tyczy dziewczyn. Był taki okres, że Orman cały czas utrzymywała się w czołowej ósemce w Polsce. Właściwie to dziewczyny też osiągały sukcesy, a ich drużyna nawet przez moment w 1 lidze grała, także sukcesy ciągle były.
PD – Teraz prowadzenie drużyny przejęli młodzi trenerzy. Jak Pan ocenia ich pracę?
LN – Był taki okres, że nie mogliśmy startować jako GOSiR. To było dla nas trudne rozwiązanie, bo wcześniej mieliśmy całą księgowość, pieniądze na działalność, ogólnie wszystko było na swoim miejscu. Niestety związek zaprotestował, że nie mamy osobowości prawnej itp. I przez to musieliśmy założyć swój klub. Założyłem więc klub Return Piaseczno i pomału się wycofałem. W tej chwili ja nie należę nawet do Returnu. Tutaj Michał Sawicki jest prezesem, Maciek Chojnicki skarbnikiem i oni mają swój zarząd. Przede wszystkim cieszy mnie to, że wszyscy pracownicy oraz trenerzy są wychowankami Piaseczna. Wszyscy poza Michałem Sawickim są moimi wychowankami. Michał Akurat trenował w klubie z Jermołajewem. Wprawdzie jeździł ze mną na zawody później, ale wychowankiem moim nie jest. To mnie jednak bardzo cieszy, że wszyscy wrócili i zjednoczyli się. Teraz widzę, że wspierają ich również młodsi – Czarek Dębski i Patrycja Banasiak.
PD – Czy nadal rodzą nam się w Piasecznie młode talenty tenisa stołowego?
LN – Wcześniej wymieniłem swoich wychowanków. Teraz powoli do świata tenisa stołowego wkraczają wychowankowie Michała Sawickiego. Pojawiają się młode talenty, m.in. Maciek Kotarski. Talenty ciągle rosną, że wymienię tutaj chociażby Marka Badowskiego, Aleksa Wereckiego, Amelkę Kotarską, czy też Oliwię Kornacką.
PD – Warto też wspomnieć, że teraz w cieniu piłki nożnej rodzi się w Piasecznie kolejna silna drużyna. Duże są szanse, że zawodnicy z Piaseczna włączą się do walki o baraże o awans do 1 ligi. Myśli Pan, że obecni zawodnicy Returnu mają umiejętności umożliwiające im nawiązanie do tych dawnych sukcesów i włączenie się ponownie do walki o Ekstraklasę?
LN – Osobiście dałbym chłopakom jedną radę, aby bardziej zajęli się oni propagowaniem tego sportu. Gdy ja to rozkręcałem, to potrafiłem iść na radę miejską i tam upomnieć się o jakieś pieniążki, o obóz dla Ekstraklasy, ogólnie powalczyć, poszukać sponsorów. Nikt do mnie sam z siebie nie przyszedł. Pamiętam do dziś, że do Wajdemajera to musiałem cztery, czy pięć razy przychodzić, aż wreszcie wywalczyłem co chciałem. Tu jest naprawdę dużo chłopaków, którzy grać potrafią, chociażby właśnie Maciek Chojnicki, Karmoliński Maciek, Robert Najwer. Na pewno jest tu kim grać.
PD – Walkę o pierwszą ligę ma znów poprowadzić zawodnik z Chin…
LN – …Tego to nawet ja nie wiedziałem, Kai ma wrócić do gry?
PD – Dokładnie tak
LN – On faktycznie w tej chwili prowadził Maćka Kotarskiego…Ja bardzo bym się cieszył z takiego obrotu spraw. W tej chwili nie ma konkurencji, bo umówmy się, że piłka nożna w Piasecznie nie istnieje, no bo co to jest za poziom? No coś tam kopią, ale to tyle. Koszykówka seniorska dopiero zaczyna się odbudowywać.
PD – Być może przyczyn tego negatywnego trendu w Piaseczyńskim sporcie powinniśmy szukać we współpracy z miastem? Czy Pana zdaniem miasto nadal współpracuje ze sportem, czy raczej się go wypiera?
LN – Miasto Piaseczno jest jedną z lepszych miast do współpracy z klubami sportowymi. Tu jest jednak jeden błąd, brak jakiegoś ukierunkowania, że załóżmy, finansujemy jakieś określone dyscypliny sportu. Tu jest tak, że kto się zgłosi, to dostaje. Ja przez pewien czas byłem Przewodniczącym Komisji Sportu. Nie dało wtedy rady nic zrobić w tym kierunku. Udało mi się wówczas wprowadzić stypendia dla dzieci i dorosłych, zreorganizować rozgrywki na szczeblu regionalnym. Ciężko było jednak zrobić cokolwiek z tym ukierunkowaniem. Prezesi są nienaruszalni – tu się rozmawia, wszystko się uzgadnia, że będzie tak, tak, tak, po czym odchodzą i zupełnie co innego robią. Wracając jednak do tematu tenisa stołowego – tenis stołowy w Piasecznie miał tradycje i te tradycje będzie miał zawsze. Ja w tej chwili odsunąłem się na bok i pracuję w GOSiRze, ale kiedy trzeba to pomagam chłopakom z Returnu.
PD – Nadal ma Pan jednak swoich podopiecznych…
LN – …Tak ja w tej chwili trenuję czwórkę takich maluchów po 5-6 lat oraz grupę starszych dziewczyn, które wymagają jeszcze 3 lat obróbki i będą grały na wysokim poziomie.
PD – Pana podopieczni wspominają, że na tych obozach, które Pan organizował często grywał Pan klapkiem w tenisa stołowego. Jaki był najdziwniejszy przedmiot jakim pan grał w tenisa stołowego?
LN – Kiedyś na obozie piłkarskim grałem legitymacją ubezpieczeniową z milicjantami. To był obóz piłkarski w Karpaczu i tam w wolnych chwilach podpuszczaliśmy, a później ogrywaliśmy tych milicjantów (śmiech). Grałem też zapałkami. Różnymi przedmiotami się grało, ale najbardziej lubię grać klapkiem. Swego czasu pojechaliśmy na Mistrzostwa Polski młodzików z Pawłem Kamińskim i Łukaszem Piotrowskim, gdzie zajęliśmy 5 miejsce, wtedy m.in. ograli oni Chmielów – Pawła i Piotra, którzy w Ekstraklasie teraz grają. Zdenerwowali mnie wtedy to wziąłem klapka i obu ich jeszcze ograłem (śmiech). Maciek Chojnicki też jak na kadrę pojechał i chciał trenera ograć, to cięgi zbierał mocne, ale nie klapkiem a rakietką.
PD – Czas mija, ale ciągle wiele Pan pamięta.
LN – Wracam ciągle do tych wydarzeń. Ja byłem właściwie w każdej hali w Polsce, teraz powstało wprawdzie wiele nowych, jednak dawniej nie było hali, w której bym nie był. Od jakiegoś czasu po chorobie już nie jeżdżę w takie podróże…ale wracam powoli do siebie.
PD – Ma Pan może taki mecz, który najmilej Pan wspomina?
LN – Grałem w 2 lidze mecz z drużyną z Mazur. Grał tam najlepszy zawodnik na mazurach – Samoliński i graliśmy dość dziwny mecz. W pierwszym secie ograłem go do czterech, w drugim secie on ograł mnie do dwóch, a w trzecim secie wygrałem na przewagi. Były też ciekawe mecze, gdy graliśmy o utrzymanie też zresztą na mazurach. Grałem debla razem z Pawłem Chułerańskim, wtedy jeszcze nie miał chyba nawet 14 lat. Graliśmy wtedy z deblem Samoliński-Sochacki, no i przed meczem się Paweł przestraszył i zaczął płakać, więc mówię do niego „Paweł, ty nic nie rób, tylko na drugą stronę przerzucaj i ja będę walczył”. No i ograliśmy ten najlepszy debel w parze z takim dzieckiem. Sporo jest takich wspomnień.
PD – Całe Pana życie związane jest ze sportem?
LN – Myślę, że można tak powiedzieć. Jak już wcześniej wspomniałem grałem w piłkę nożną, m.in. w Hetmanie Zamość, Motorze Lublin. Zawsze jednak moją największą miłością był tenis stołowy.
PD – Już za rok odbywać się będą Igrzyska Olimpijskie. Czy myśli Pan, że nasi reprezentanci są w stanie osiągnąć jakieś sukcesy, czy jednak Chińczycy są nie do pokonania?
LN – Nie no, z Chińczykami jest problem. Nawet naszym starym wyjadaczom było ciężko, chociaż „Kucharz” (Leszek Kucharski, przyp.) umiał grać z nimi. Jeśli chodzi o Kucharskiego to, do dziś wspominam również pewną historię z nim związaną. Gramy mecz z drużyną z Radomia u nas w Piasecznie. Były to pierwsze mecze naszego Chińczyka. Kucharski zagrał mu jakąś piłkę bardzo niewygodną i Kai mówi „K…a mać”. „Kucharz” wyrzucił rakietkę i zdębiał. To właśnie były jego pierwsze słowa po Polsku o czym zresztą pisano potem w mediach szeroko. Inna ciekawa historia związana jest z naszą walką o ekstraklasę – pojechaliśmy do Poznania na decydujący mecz, sponsor załatwił autokary i pojechaliśmy. Kiedy już wracaliśmy to nam się po drodze zgubił Redaktor Osiński, który dziś pisze o piłce ręcznej dla „Przeglądu Sportowego”. Przyjechał tu jednak jako pierwszy bo z Polkoloru ktoś jechał i go zabrał.
PD – Warto tak na sam koniec zachęcić najmłodszych do wypróbowania swoich sił w tenisie stołowym. Jak Pan zareklamowałby ten sport?
LN – To jest sport dla każdego, czego najlepszym przykładem jest Natalia Partyka, która mimo różnych przeciwności doszła do najwyższego światowego poziomu. Osobiście pamiętam moment gdy po raz pierwszy spotkałem Natalię, a było to w Ciechanowie. To były Mistrzostwa Polski Żaczek. Byłem wtedy bardzo zszokowany, gdy zobaczyłem jak świetnie radzi sobie ta dziewczyna. Do tej pory zresztą mam z nią kontakt i bardzo jej kibicuję. Jeśli chodzi o zachętę…dla mnie jest to najpiękniejszy sport świata. Tu nie ma handlu punktami, tu nie ma oszustwa, nie ma żadnych podziałów. W tenisa stołowego grać może dosłownie każdy. Nie da się wprawdzie ukryć, że ten sport jest bardzo trudny. Psychikę tu trzeba mieć szaloną. Ja zwykłem mawiać, że ręką ruszać to można i małpę nauczyć, ale żeby grać w tenisa stołowego to trzeba myśleć. Zachęcać trzeba jednak głównie rodziców. Dzieci, które grają w tenisa stołowego potrafią osiągać bardzo dobre wyniki także i w nauce. Jest to mocno z głową powiązane. Przychodziły do mnie dzieci, które słabsze wyniki w nauce osiągały, a po roku rodzice są zadowoleni z postępów nie tylko sportowych, ale również naukowych. Z moich podopiecznych każdy zdał na studia na ten kierunek, na który planował i bezproblemowo się tam dostał. Uczy ten sport obowiązkowości i sumienności. Dodam też od siebie, że chętnych do uprawiania tego sportu jest naprawdę dużo, tylko niestety ta sala jest za mała by ich wszystkich pomieścić.
PD – Brakuje chyba jednak promocji tego sportu w naszym mieście, kibiców…
LN – Muszę się z tym zgodzić. Zaczynaliśmy na małej salce obok stadionu. Wtedy nie można było szpilki włożyć na trybuny, na każdy mecz przychodziło po kilkaset osób. Nawet na mecze drugiej ligi przychodziło po 250 osób. Teraz dobre warunki dla rozwoju tego sportu mają też w Konstancinie, gdzie prowadzi zespół Henio Pawlik, mój dawny rywal. Odbywał się tam nie dawno turniej WTK. Potencjał jest, trzeba go tylko wykorzystać…
Dogrywka
PD – Czy denerwuje Pana, gdy ktoś nazywa ten sport ping-pongiem?
LN – (Śmiech)…i na rakietkę paletka niektórzy mówią, te dwie rzeczy mnie troszkę denerwują, ale teraz już coraz mniej. Czym człowiek starszy, tym się robi łagodniejszy i mądrzejszy, tam nie zacietrzewia się o byle co. Wspaniałe mam doświadczenia i kocham ten sport, dlatego nadal pracuję. Ja mam dopiero 68 lat, był Pan na zajęciach i czy widział Pan, żebym ja choć na chwilę usiadł? Nie, ja na żadnym treningu nigdy nie siedziałem.
PD – Wspomina Pan też czasy, gdy nauczał Pan wychowania fizycznego w szkole?
LN – To też były piękne czasy. Pamiętam, że było nas wtedy dwóch i we dwójkę prowadziliśmy zajęcia w szkole i nie było nigdy sytuacji, że ktoś zgłaszał nam jakieś zwolnienia. Wówczas dzieciaki miały zacięcie do sportu, nikt nie odpuszczał, nikt nie siedział bezczynnie. Sukcesy też jakieś się pojawiały, zresztą gdyby nas pijany sędzia nie oszukał to byśmy zdobyli Międzyszkolne Mistrzostwo Polski. W tamtych czasach człowiek szukał zajęcia, a najlepszym zajęciem by sport. Trzeba było tylko dotrzeć do tych dzieci i zainteresować je sportem. Sport nie był wówczas zniszczony przez pieniądze. Ja grałem w Piasecznie w 3 lidze, niestety sędzia oszukał nas wtedy w Płocku i w Siedlcach, bo wówczas te województwa były nowe i przedstawiciele tych województw musieli awansować do drugiej ligi, z pobudek czysto politycznych. Niestety my na tym ucierpieliśmy, ale mimo wszystko sport nie był wtedy w aż tak dużym stopniu strawiony przez pieniądze.
PD – Może Pan powiedzieć, ze Leszek Nowacki i sport to jedno i to samo?
LN – Całe moje życie związane jest ze sportem i z Piasecznem. Albo byłem zawodnikiem, albo działaczem. Przez pewien czas nawet byłem Kierownikiem Obiektów Sportowych w Piasecznie, równocześnie byłem też trenerem i nauczycielem w szkole. To wszystko w jednym czasie. Całe moje życie poświęciłem sportowi i powiem szczerze, że nie żałuję ani trochę.
PD – Dochodzimy więc do wniosku, że sport jest sposobem na wszystko i warto uprawiać go, bez względu na dyscyplinę warto być aktywnym…
LN – …Ja uważam przede wszystkim, że przez sport stajemy się lepszymi ludźmi. Jest to ogromna nauka dla dzieci – współpraca w grupie itp. Ja teraz trenuję najmłodszych i na razie to jest szaleństwo. One się kłócą, jedna drugiej nie odpuści. Niech Pan przyjdzie za dwa lata i Pan zobaczy jak te dzieci się zmienią. Ja jestem pewien, że one będą super się zachowywać wobec siebie. Ja im tłumaczę – jesteśmy jak palce jednej ręki.
PD – Sport to zdrowie, ale i moc wspomnień, bo tych zdecydowanie Panu nie brakuje.
LN – Jak już mówiłem całe moje życie to był sport i to pomimo, że moja rodzina nie miała wcześniej żadnych powiązań ze sportem. Zaczynałem grać w piłkę w Mirkowie, bo tam akurat mieszkałem. Szkołę Średnią reprezentowałem we wszystkich dyscyplinach w jakich się tylko dało – od szachów, po siatkówkę. Gdy zaczynałem grać w piłkę, to byłem najmniejszym zawodnikiem na boisku. Byłem wtedy 3 lata młodszy niż reszta zespołu. W młodym wieku przeniosłem się do Piaseczna, gdzie załapałem się do pierwszej drużyny. To były zresztą inne czasy, wtedy spoza Piaseczna w zespole grało może 4 zawodników, a reszta to byli wychowankowie. W Reprezentacji Mazowsza grało nas dziesięciu z Piaseczna. Przy swoich warunkach fizycznych startowałem nawet w Mistrzostwach Mazowsza w skoku o tyczce, gdzie zająłem piąte miejsce, a do ówczesnego rekordu polski zabrakło mi ledwie 0,6 m. Zostałem również odznaczony dwoma srebrnymi i złotą odznaką Polskiego Związku Tenisa Stołowego za zasługi (głównie szkolenie dzieci) dla tenisa stołowego w Polsce. Całe życie bawiłem się w sport, piękne są te wspomnienia.
PD – Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę dalszych sukcesów w krzewieniu kultury fizycznej wśród młodzieży.
LN – Dziękuję.
rozmawiał Patryk Dudzicki fot. za Return Piaseczno